Nie tylko dla wielbicieli słodyczy, ale dla wszystkich ceniących sobie smaczną i niedrogą kuchnię. Czemu więc "Kuchnia w czekoladzie"?
To właśnie ciemna i biała czekolada są dominującymi kolorami w moim królestwie, do którego Was zapraszam:)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tefal Cuisine Companion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tefal Cuisine Companion. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2018

Muffinki "Sówki"

Już jakiś czas temu je przygotowałam i nie będę ukrywać, że głównie zależało mi na efekcie wizualnym, ale wyszło także całkiem przyzwoicie smakowo. Chciałam w ten sposób zachęcić Olusia do pójścia do przedszkola. Wiecie, te opowieści, że sowa jest symbolem mądrości i jak będzie chodził do przedszkola to i on będzie bardzo mądry i w ogóle... Nie wiem czy mnie słuchał, póki co wychodzi na to, że tak średnio ;) Do przedszkola cały czas chodzić nie chce, tłumacząc się kaszlem i katarem. Fakt, że kaszel jeszcze ma okropny i sama nie chcę go puszczać, ale dzień w dzień tłumaczę, że jak tylko będzie ok, to idziemy :) 
Wracając do muffinek- nie ma chyba nic prostszego od ich przygotowania. Mieszacie składniki, przelewacie do papilotek i pieczecie! Myślicie, że te są trudniejsze? Nic podobnego! Fakt- może trzeba poświęcić chwilkę na dekorację, bo żeby przepołowić ciasteczko trzeba trochę sprytu, ale to i tak są minuty, a nie żmudne godziny. Naprawdę warto się poświęcić i przygotować swoim pociechom takie słodkie sówki. Sprawdzą się na pewno na urodzinowej imprezce, a jeśli obchodzicie urodziny właśnie w przedszkolu, to na pewno każdy maluch będzie robił oczy ze zdziwienia! Przekonajcie się sami :)



poniedziałek, 17 września 2018

Powidła śliwkowe

Ile razy myślałam, by je zrobić, przerażała mnie ta myśl o przypalonych garnkach... Ale też i śliw nie było swoich, więc ta pokusa zaraz znikała. W tym roku, jak już Wam pisałam, śliw mieliśmy pod dostatkiem. Grzechem byłoby nie zerwać i nie przetworzyć, zwłaszcza że były naprawdę smaczne!
Część powędrowała do słoików z cukrem, tutaj możecie zobaczyć przepis, a pozostałe 3 kg postanowiłam przeznaczyć właśnie na powidła i sprawdzić jak to jest z tymi przypaleniami. 
Czasu trochę mi to może i zajęło, ale nie tak sporo, bo podzieliłam owoce na dwie części. Jedną wrzuciłam do garnka Tefal Companion, drugą do garnka ze stali nierdzewnej (emaliowanego strasznie się bałam!). TC zrobił za mnie sam, zupełnie. W tym drugim przypadku troszkę było więcej zachodu, ale koniec końców też wyszło. Choć przyznaję bez bicia, że na ostatnią godzinę przełożyłam do TC, by mi jeszcze lepiej odparowały, bez stania nad nimi...
Ilości straszne z tych 3kg nie wyszły, ale 7 słoiczków spokojnie mi wystarczy, a nawet nie zdziwię się jak mi zostanie na przyszły rok.U nas mało się je dżemów tudzież powideł. Z naleśnikami, to głównie ja jem, chłopaki ewentualnie na łyżeczce odrobinę ciupną. Ale do ciast z przyjemnością wykorzystam, zwłaszcza, że piernik długo dojrzewający i w tym roku zrobię na święta, bo był taki smaczny!


środa, 1 sierpnia 2018

Placki z cukinii i marchewki

Uwaga! Te zdjęcia są doskonałym przykładem na to, jak nie powinno się fotografować jedzenia 🙈 W ogóle miałam je usunąć całkowicie z powierzchni wszelkich kart SD i dysków, ale wiedziałam, że o nowe będzie ciężko, bo choć placuszki smaczne, to my jednak wolimy tradycyjne ziemniaczane. A raczej oni wolą, moje chłopy- sztuk trzy. Dlatego jak tylko zrobię porcję dla siebie, a zrobię na pewno, to postaram się wymienić te piękne słoneczniki... Bo tutaj rządzą całkowicie- i ja sama jak patrzę na zdjęcie, to placków doszukać się nie mogę 🙊
Mam jednak nadzieję, że to Was nie zrazi i jeśli jeszcze nie znacie takiego sposobu na pozbycie się nadmiaru cukinii, to chętnie skorzystacie. Z chęcią poznałabym też Wasze sposoby na jej wykorzystanie, bo nie ukrywam, że jeszcze jej sporo, a jakoś nie mam pomysłu na przetworzenie. 
Piszcie w komentarzu, co Wy robicie z nadmiarem tego warzywa, chętnie poczytam, a jak podpasuje, to wykorzystam ;)


Obwarzanki

Słuchajcie, czy Wam też czas tak pędzi jak szalony? Dopiero zaczynały się wakacje, tłumaczyłam Olkowi, że za 2,5 miesiąca pójdzie do przedszkola, a tu proszę, ledwo miesiąc został... Wpisów na blogu mniej, czasu mniej, jakby mi ktoś co najmniej po 4 godziny z doby odbierał... Nie wiem czym to idzie, ani w jakim kierunku zmierza, ale nijak mi się nie podoba fakt, że nie potrafię się z niczym "obrobić" tak na 100%. I całe szczęście, że mam dla kogo gotować i piec, bo pewnie wnet i na to nie wydzieliłabym wolnego :D Przepisów zaległych mam sporo i chcę Wam tutaj je jak najszybciej opublikować, żeby w końcu o jakimś nie zapomnieć. Nie wiem jednak jak mi to wyjdzie w praktyce, bo ta ostatnio zawodzi... Co ja to nie miałam... Choćby dziś, o przepraszam- wczoraj- miałam iść na wieczorny spacer. Dziecię nawet udało mi się uspać wyjątkowo szybko, bo o 20:45 już spało (co prawda jedno, ale zawsze to jakiś sukces!), myślami byłam już w drodze, a tu jeb! Zaczyna grzmieć i padać. Zostałam w domu, nie jestem aż taką ryzykantką, życie mi nadal miłe. Co jeszcze miałam? Miałam sernik upiec, pyszny oczywiście, ale... nie zdążyłam nawet dobrze wyszorować się pod prysznicem, bo dziecię obudziło się na nowo z donośnym płaczem. Na szczęście zasnęło, po dwugodzinnym wędrowaniu po domu, bajkach, przytulankach i dodatkowej porcji mleka na koniec. Czyli była prawie północ. Sernik musi poczekać, może w końcu go upiekę rankiem, a ja zabrałam się za obiecany wpis dla Was. No bo jak mi się spacer nie należy, to Wam przynajmniej należy się nowy przepis! Zwłaszcza na śniadanie!
Nie będę ukrywać, że obwarzanki są pyszne, zwłaszcza jeszcze cieplutkie, kiedy skórka jest chrupiąca, ale też nie będę porównywać do tych tradycyjnych krakowskich. Wręcz nie mam śmiałości! Nie wiem czym to idzie, ale to chyba ta magia Krakowa, tak na nie działa, że są jedyne i niepowtarzalne! I choćby się dwoił i troił, to nie przebije. I niech tak zostanie! Odkąd pamiętam, to przy każdej wizycie w Krakowie obwarzanka zjeść musiałam, nie chcę tego zmieniać ;) ale na co dzień spokojnie wystarczą mi te robione własnoręcznie, w mojej kuchni. Malutkie, koślawe, ale smaczne- obwarzanki, na które przepis mam z TEJ właśnie grupy na FB. 


piątek, 29 czerwca 2018

Wegańskie lody jarmużowo-szpinakowe

Pogoda nas nie rozpieszcza. Ciągły deszcz doprowadza do szaleństwa, ale przecież nikt nam nie zabroni trochę sobie "podogadzać". Zwłaszcza, że skoro od lodów zaczęła się moja choroba, to i na lodach skończyć się powinna. W myśl zasady- czym się zatrułeś... 
Ale od początku... Kiedy jeszcze w maju Ciotka przyniosła mi sadzonki jarmużu, zastanawiałam się co ja z niego zrobię. Sam w sobie jest jednak gorzkawy i nijak mi nie podchodził... Póki pomału sobie rósł, nie zwracałam na niego uwagi. Ale kiedy zaczął się rozrastać złapałam się za głowę i myślałam, co teraz? Na szczęście wujek google przyszedł z pomocą. Gdy zobaczyłam u Eryka te lody i ich zjawiskowy kolor, nie było zmiłuj. Liście oberwałam niemalże natychmiast. Jakby mi je ktoś co najmniej miał zaraz skraść, tudzież oberwać i zjeść. Nie miałam jednak pewności, co do koloru, za to reszta szpinaku była w lodówce, więc postanowiłam połączyć składniki i liczyć na cud, że lody będą zjadliwe. Bo obawa, że nikt ich nie ruszy, była jednak spora!
Mroziłam liście i banany kilka dni, bo wierzyłam, że w końcu zaświeci słońce, a ja usiądę w ogrodzie i będę się delektować smakiem zupełnie odmiennych lodów. Nie doczekałam się! 
Adaś spał, wzięłam więc znudzonego Olusia do kuchni i razem zaczęliśmy działać. O to, że nie będzie podjadał byłam spokojna. Widząc zamrożone liście od razu powiedział "A co to? Feee!" Zaczęłam tłumaczyć, że to lody Shreka itp, choć obawiałam się, że i tak jestem już na straconej pozycji... Zapał mój trochę opadł, bo jakby nie było, największy lodożerca w domu jest na nie... 
Ale kiedy gotową masę przymroziłam, a później uformowałam w wafelku, chęć zjedzenia loda zwyciężyła. Spróbował... i zjadł! Owszem, nie całego, bo i gałek sporo, ale jedną wtrąbił na bank. Pytam, Oluś i jak te lody, zjadliwe? "No całkiem dobre, takie Shrekowe 😝
Zapraszam więc na Shrekowe, wegańskie lody i liczę na to, że i Wam posmakują!


czwartek, 28 czerwca 2018

Dżem z czerwonej porzeczki

Wróciłam ;) Pamięcią oczywiście do lat dzieciństwa i pięknych krzaków czerwonej porzeczki, która rosła tuż przy rodzinnym domu. Nie było ich dużo, ale jednak... zbierać trzeba było, bo w domu nic nie mogło się zmarnować. A zbierania nie lubiłam strasznie. Traktowałam jak największą karę :) Teraz za to z przyjemnością poszłabym je tam pozbierać, zwłaszcza że dało się to robić siedząc, a nie stojąc w zaroślach jak to właśnie robiłam ostatnio :) Człowiekowi nie dogodzi, nijak hihi :D 
Najważniejsze jednak, że owoce są i to całkiem sporo ;) Nie ma szans, bym sama wszystko przerobiła, bo choćby nawet, to nie będzie miał kto tego wszystkiego zjeść/ wypić. 
Pomyślę jeszcze nad kilkoma deserami, ale teraz w deszczu, to choćbym chciała nikt mnie nawet nie wygoni pod las, by zebrać choćby koszyczek... 


Chleb duński

Jakiś czas temu publikowałam na blogu przepis na chleb wieloziarnisty, gdzie nie było ani grama drożdży i zakwasu. Ciężki, chrupiący i uzależniający!
Ostatnio, na wzór właśnie tamtego przygotowałam kolejny, choć tym razem spoiwem było nie tylko siemię lniane ale też nasiona babki płesznik. Ponadto słonecznik, dynia, trochę orzechów i migdałów.
Jest zupełnie inny od tradycyjnego bochenka chleba, ale to właśnie działa na jego korzyść. Bogactwo błonnika i witamin z grupy B. Wegański, a jeśli użyjesz odpowiednich płatków- może być także bezglutenowy. Zrobisz go w kilka minut, choć ze zjedzeniem poczekać najlepiej cały dzień.
Co jeszcze można o nim powiedzieć? Że jest bardzo syty i smakuje wyjątkowo w każdym zestawieniu- słodkim i słonym. Nie kruszy się, ale pod warunkiem właśnie, że damy mu chwilę odpocząć ;) Zapoznajcie się z przepisem, a jak już upieczenie, to podzielcie się wrażeniami. Czekam!


piątek, 22 czerwca 2018

Kotlety z kaszy jaglanej i kalafiora

Mam w domu niejadka, któremu ciągle coś nie pasuje. Nie ma dnia bez marudzenia i proszenia o to, by zjadł choć odrobinę czegoś "normalnego". Tak było i tym razem, gdy zabrałam się za przygotowanie kotletów. Widząc na wstępie kalafiora pokiwał tylko głową i powiedział, że tego jadł nie będzie. Faktycznie- nie chciał nawet spróbować :( Pomyślałam- ok. Jego wybór. Nie zmuszę. Młodszy oczywiście nie grymasił, za to Tatusiowi delikatnie doprawiłam... Dodałam troszkę gałki muszkatołowej, więcej pieprzu i troszkę suszonego tymianku... Smak miały już zupełnie inny, Zjadł, a później dopiero pytał z czego one były :D Za nic nie obstawił kalafiora, bo... też za nim nie przepada 💁 Zje tylko jako dodatek i to w towarzystwie bułki tartej na masełku. 
Udało mi się jednak delikatnie "oszukać", a jeśli i Ty masz w domu "antykalafiora" spróbuj przygotować właśnie te kotlety!




czwartek, 21 czerwca 2018

Cukier różany

Zbierając w tamtym roku kwiaty dzikiej róży, miałam w planach zrobić właśnie tenże cukier. Coś mnie jednak podkusiło, że konfitura będzie lepsza, że dodam do pączków itp... Płatki przerobiłam więc na nią. W tym roku, na samą myśl o przebieraniu tych płatków nie chciało mi się robić nic... Ale nie odpuściłam. Zebrałam niewiele, jakieś 100g, ale jak przebrałam i poodcinałam te białe, gorzkawe końcówki, to spokojnie wystarczyło do wykonania cukru.
Tradycyjnie można przygotować cukier w makutrze, ale ja skorzystałam z mojego kuchennego pomocnika. Stwierdziłam, że jak nie podoła, to zawsze będę mogła przesypać i potraktować pałką ;) Na szczęście obyło się bez tego. Tefal poradził sobie znakomicie, choć może nie w kilka sekund jakby się wydawać mogło, że powinien ;) Najważniejsze, że nie musiałam robić tego ręcznie!
Publikując zdjęcie na Instagramie, zostałam zapytana o kolor. Znaczenie i to ogromne, ma barwa płatków. Najlepiej wybierać te ciemniejsze kwiaty, o bardziej intensywnym i wyrazistszym kolorze, podchodzące pod czerwień lub bordo. Ważne jest też, by były zbierane z daleka od dróg głównych i zdecydowanie bez żadnych mszyc czy innych mieszkańców różanych terenów.


czwartek, 14 czerwca 2018

Falafel- kotlet z ciecierzycy

Weganką nie jestem, nie jestem nawet wegetarianką, ale od czasu do czasu lubię spróbować czegoś nowego, a że Mąż ciecierzycę wielbi, to te kotlety koniecznie musiałam zrobić. 
Było to już jakiś czas szczerze powiedziawszy, ale ja ich smak mam gdzieś jeszcze, 
na końcu języka. 
Ściemniać Wam nie będę, że bez sosu bym je zjadła. Może i złe nie są, ale jednak z sosem i dodatkami, to dopiero jest coś! Zwłaszcza na świeżo, gdy są jeszcze ciepłe i mięciutkie. 
M. również mlaskał, a co zostało zabrał do pracy na drugie śniadanie :D Tak, to ja lubię przygotowywać posiłki, kiedy wszystko znika w mig i nic nie muszę wywalać :)



piątek, 18 maja 2018

Zielone, szpinakowe naleśniki

Nie będę ukrywać, że u mnie to jednak tradycyjne naleśniki rządzą, ale od czasu do czasu można się pokusić o odrobinę szaleństwa ;) Dlatego przedstawiam Wam dziś zzieleniałe od szpinaku naleśniki. Nie ma w nich nic prócz podstawowych składników, które używamy do przygotowania placków no i właśnie ten nieszczęsny szpinak, którego część z nas nadal nie może pokochać. Jeśli więc macie w domu takich "antyszpinakowców", to śmiało podsuńcie im pod nos te naleśniki. Zawsze możecie zwalić na barwnik, bo zapach jest raczej neutralny, a podane z ulubionymi dodatkami mogą naprawdę nieźle smakować ;) Z własnego doświadczenia przyznaję, że smakują mi bardziej w wersji wytrawnej, ale i słodka może śmiało przejść. 


czwartek, 17 maja 2018

Drożdżówki z rabarbarem i kruszonką

Wypieków z rabarbarem ostatnio u mnie dużo. Sama nie wiem, co mnie tak na niego naszło, ale jak już kupię, to i wykorzystać muszę ;) Zresztą, na przyszły rok mam nadzieję jeść swój własny, ogródkowy rabarbar, który jakiś czasu temu zasadziłam. Mam nadzieję, że się przyjmie i nie zginie przez zimę. Póki co deszcz bardzo dba o to, by nie miał zbyt sucho ;) A skoro ten deszcz już pada, to siedząc w domu trzeba sobie jakoś wolny czas umilić. Za ciepło nie ma, więc taka pachnąca kruszonką i owocami drożdżówka z filiżanką gorącej kawy stanowi idealną alternatywę. Jeszcze w domu się ociepli od piekarnika :P Co prawda ja dziś nie mam w planach drożdżówek, ale najzwyklejszą na świecie tartę z rabarbarem, mam ogromną ochotę upiec. Zwłaszcza, że przyjeżdża Mama piec chleb w takim piecu opalanym drzewem, którego wieki nie jedliśmy, więc pasuje mieć coś na słodko do jutrzejszej kawki ;) Oczywiście jak wyjdzie i będzie się nadawać do zdjęć, to i przepis będzie ;) Miłego, słodkiego popołudnia dla Was!


czwartek, 3 maja 2018

Sos cygański do potraw z grilla

W poprzednim wpisie podałam Wam przepis na smaczną karkówkę z grilla, ale jak powszechnie wiadomo, bez dodatku pysznych i aromatycznych sosów, grillowane mięso nie smakuje tak dobrze ;) 
U mnie w ruch zazwyczaj szły podstawowe czyli ketchup i musztarda, ale od dobrych kilku lat staram się też przygotować czosnkowy lub tzatziki. Jeden i drugi na bazie jogurtu, więc nie za ciężkie i w smaku doskonałe. Sprawdzają się też do sałatek, więc tym bardziej lubię je robić, bo jak nie zjemy wszystkiego przy grillu, to na drugi dzień mogę wykorzystać do obiadu. 
W tym roku pokusiłam się jednak o jeszcze jeden nowy sos. Zupełnie inny, bo na bazie warzyw i przygotowywany na ciepło. Pomyślicie pewnie, że skoro tak, to jego zrobienie zajmuje pół dnia, ale nic bardziej mylnego! Ja uporałam się z nim w 15 minut, zdecydowanie więcej czasu potrzebował na to, by się odpowiednio schłodzić przed podaniem. 
Składniki do niego są ogólnie dostępne i mogę się założyć, że znajdują się "pod ręką" w przynajmniej co trzecim domu. Ja swój jeden słoiczek jeszcze zachowałam, będzie na dziś jak znalazł! Teraz kolej na Was :) Wspaniałej majówki, Kochani!


Grillowana karkówka w winnej marynacie

Kochani jak tam Wasza majówka? My już chyba tradycyjnie spędzamy ją w domu. Zresztą M. tak w kratkę pracuje, że choćby człowiek chciał to nic wiele nie zaplanuje. Co najwyżej grilla ;)
Dziś też jest w planach, choć przyznam, że sezon dobrze się nie zaczął, a mi już bokiem wychodzi to grillowane jedzenie (dosłownie i w przenośni 🙈). Nie zliczę, ile w tym roku wieczorów spędziliśmy właśnie w ten sposób. 
Dlatego ja dziś strajkuję i w planach mam tylko sałatkę (no dobra, co najwyżej z grillowanym kurczakiem) a Wam, gdyby się zachciało, proponuję pyszną karkówkę ;) Odpowiednio doprawiona, choć oczywiście każdy może ją jeszcze bardziej wyostrzyć, z delikatną winną nutką, która znika całkowicie w trakcie pieczenia. 
Polecam Wam serdecznie! 


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Monte z kaszy jaglanej

Zdrowe desery już od jakiegoś czasu są modne i widzę, że każdy co raz chętniej po nie sięga. Ja tam znawcą tematu nie jestem, ale dla mnie wystarczy że jest słodkie i już jest dobre. Nie patrzę na kalorie, choć powinnam. Kasza zawsze kojarzyła mi się z obiadem, a nigdy ze słodyczami. Tak było jeszcze ponad rok temu. Wtedy to też zrobiłam pierwszy deser- rafaello i ją po prostu pokochałam Nie sądziłam, że jaglanka jest tak podatna na wszelkie eksperymenty.
Od tamtej pory sięgam po nią znacznie częściej- głównie właśnie w deserach i przyszła pora na kolejny. Monte robiłam po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. Użyłam orzechów włoskich, bo ich akurat mam w zapasie jeszcze sporo. Śmiało możecie użyć laskowych, ale pamiętajcie, by zarówno jedne jak i drugie podpiec i obrać najlepiej jak to się da ze skórki, która daje gorzkawy posmak. Nie używajcie też zbyt dużo soli do gotowania kaszy. Pół łyżeczki, to zdecydowanie w sam raz! Swój deser przygotowałam w urządzeniu wielofunkcyjnym Tefal Companion, który naprawdę fajnie wszystko rozdrobnił i połączył, ale wierzę, że blender zwykły lub kielichowy poradzi sobie z tym równie dobrze, choć pewnie będzie potrzebował więcej czasu i energii
:)


czwartek, 19 kwietnia 2018

Bułki czosnkowe

Nie da się ukryć, że z glutenem zdecydowanie bardziej mi po drodze, niż bez niego.
Towarzyszy mi przeważnie na śniadaniu, ale i przy obiedzie, kiedy zamarzy mi się porcja pysznego spaghetti. Nie wyobrażam sobie życia bez niego i pewnie odstawiłabym tylko wtedy, gdyby mi ktoś zabronił go spożywać, czyt. lekarz :P Choć wcześniej pewnie skonsultowałabym to z innym medykiem ;)
Z tego też powodu, za każdym razem kiedy tylko mam zjeść choćby kęs grillowanego mięsa, obok muszę mieć kawałek pieczywa. Męża dziwi to do tej pory 🙈 Nic na to nie poradzę, wyniosłam to chyba z domu i tak mi zostało. Zresztą jakoś tak mi bardziej smakuje wszystko, co ma  w sobie choćby gram mąki.
I choć chleby piekę rzadko, a tych na prawdziwym zakwasie w ogóle, z obawy, że nie potrafię (tak, właśnie tak myślę!), to bułki są częstszymi wypiekami w naszym domu. Zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych, kiedy właśnie kupię pieczywo z myślą o naszej czwórce, a tu nagle w niedzielę pada pomysł na grilla. Na ruszt zawsze się coś znajdzie, ale już z dodatkami właśnie bywa gorzej. No bo wiecie, niedziela, najbliższy sklep nieczynny (absolutnie nie mam nic przeciwko temu!), to i człowiek ma motywację, by nie kombinować, tylko na szybko zrobić swoje.
Tak właśnie powstały te urocze warkocze, które wyglądają jak zwykłe, choć w smaku mają wyczuwalną delikatną nutę czosnku i pietruszki.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Bezglutenowe jaglane kopytka

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że zrobiłam po raz pierwszy i byłam wniebowzięta! Za pierwszym razem, to mi takie gnieciuchy wyszły, że jeść się tego nie dało.
Postanowiłam spróbować ponownie. Było ciut lepiej, ale przysłowiowej d... nie urywało ;) Miałam się już poddać i nigdy więcej nie wracać do potraw bezglutenowych, bo ani mi to potrzebne nie jest, ani nie mam specjalnego pojęcia o takiej diecie i tylko nerwy tracę ;) gdy napisała do mnie na fp pewna Pani pytając czy mam jakieś fajne, typowo bezglutenowe przepisy. I zonk. Bo w sumie, choć zasobów bloga nie przejrzałam, to w kwestii przepisów jakąś tam pamięć mam i typowo bez glutenu nie mogłam sobie żadnego sensownego przypomnieć. 
Postanowiłam więc podjąć kolejną, ale ostatnią próbę. Stałam nad garnkiem z gotującymi się kopytkami i czarowałam- "a spróbujcie mi się mendy małe rozpaść...", bo pierwsze się rozpadły właśnie, a drugie... no cóż... miały w sobie tyle mąki, że to jakieś gniotki a nie kopytka były. 
I wiecie, chyba poskutkowało. Albo się przestraszyły, albo po prostu się w końcu jakimś cudem udało i było wszystko pięknie i cacy. Kopytka nie miały posmaku tych znanych wszystkim ziemniaczanych, bo ani grama ziemniaka (no może prócz mąki) nie dodałam. 
Ale były smaczne i naprawdę zjadliwe, zwłaszcza jak się je polało topionym masełkiem lub właśnie na tym maśle podpiekło i posypało delikatnie cukrem. 


środa, 4 kwietnia 2018

Chleb z mąki pszennej, pełnoziarnistej

Muszę się Wam do czegoś przyznać ;) Rzadko wypiekam chleby, bo najzwyczajniej w świecie nie mam komu. Jemy go nie za wiele, więc piec jeden co dwa dni mi się nie chce, piec dwa i zaraz mrozić też nie, więc odpuszczam i kupuję jeden mały, tak by M. starczyło do pracy ;) 
Ale czasem najdzie mnie na taki domowy, przeważnie bliżej weekendu lub właśnie świąt. Załączam wtedy Tefala, wsypuje składniki, przychodzę po godzinie, przekładam do foremki, załączam piekarnik i jak tylko podrośnie to piekę ;) Prawda, że to proste?
A kiedy pomyślę, że jeszcze kilkanaście lat temu moja Mama wyrabiała ręcznie ciasto na chleb w dużej dzieży (nie pytajcie skąd miała tyle siły, sama nie wiem!), a następnie dzieliła na jakieś 4-6 brytfanek- tak brytfanek! Dużych, prostokątnych, w których teraz jak ciasto upieczesz to wydaje się go tak dużo, że "Kto to zje"?", to najzwyczajniej w świecie jest mi wstyd, że mi się jednego bochenka upiec nie chce... W keksówce... 
Nie wiem czym to idzie, ale pewnie świadomością, że teraz pójdziesz do sklepu i wszystko kupisz. Mało powiedziane! Teraz nawet do sklepu iść nie musisz, bo zakupy przywożą Ci na miejsce, podobnie właśnie mam z chlebem. Rano dostaję tylko smsa, czy podjechać i jest... Sami widzicie jak się człowiek rozleniwił... 
Mam jednak nadzieję, że chleb, który właśnie dziś możecie zobaczyć przypadnie Wam do smaku. Zresztą mąkę kupiłam specjalnie z myślą o tym, by ten chleb upiec! Tzn chciałam znaleźć zajęcie moim dzieciom, które uwielbiają ze mną odmierzać składniki, mieszać itp, a przy okazji zjeść smaczne śniadanie ;) Oczywiście bez zbędnych dodatków, bo nie wiem jak Wam, ale mi do takiego domowego pieczywa zdecydowanie wystarcza tylko masło :P

środa, 28 marca 2018

Barszcz biały na zakwasie

Tak jak obiecałam kilka dni temu przy okazji publikacji przepisu na zakwas, tak właśnie słowa dotrzymuję i przedstawiam Wam własnoręcznie ugotowany, pyszny, wielkanocny barszcz biały z kiełbasą i jajkiem!
Obawiałam się go troszkę, bo nie dość, że sama nigdy nie robiłam, to nawet jeszcze nie jadłam. Ciągle tylko żurek, a o barszczu w moim domu nawet się wiele nie mówiło, no chyba że o czerwonym ;)
Tak więc była to dla mnie kolejna próba, ale moim skromnym zdaniem- w pełni udana! Zupa smakowała obłędnie. Lekko kwaskowa, gęsta i pachnąca majerankiem.
Na pewno dużą rolę odegrał tutaj zakwas, który wcześniej przygotowałam i do czego Was również zachęcałam przy okazji jego publikacji. Na nastawienie dziś jest już trochę późno, no chyba, że sam barszcz ugotujemy w drugi dzień świąt ;)
Przepis ten znalazł swoje miejsce w świątecznym ebooku przygotowanym dla marki Tefal Companion. Jeśli chcecie zobaczyć, jak wygląda całość, zachęcam do pobrania TUTAJ :)


sobota, 10 marca 2018

Torcik jogurtowy z galaretkami

Jakiś czas temu koleżanka wspomniała, że robi jogurtowca. Aż westchnęłam z żalu, że daleko mieszka... Sama bym zjadła ;) Poczekałam więc do weekendu i zrobiłam w kwadratowej blaszce, najzwyklejszy, najprostszy, bez biszkoptów i owoców. Pokusiłam się nawet o zdjęcie, ale nijak nie byłam z niego zadowolona, więc światła dziennego nie ujrzało. 
Nie dałam jednak za wygraną. Tydzień temu właśnie o tej porze gdzieś rozpuszczałam galaretki, tylko po to, by zrobić kolejne podejście. Tym razem jednak postanowiłam coś zmienić, by nikt z domowników i Rodziny nie zarzucił mi, że "Takie było ostatnio" ;) i upiekłam cieniutki biszkopt, a na wierzchu ułożyłam ananasy z puszki i zalałam galaretką. 
Ciasto prezentuje się niczym tort. Jest wysokie, kolorowe i naprawdę smaczne, a czasu na jego wykonanie potrzebujemy naprawdę niewiele.  Biszkopt równie dobrze możemy zastąpić kupnymi biszkopcikami lub herbatnikami. Będzie jeszcze szybciej... A w sezonie, kiedy na straganach dostaniemy świeże owoce, śmiało możemy je wrzucić do środka i będzie jeszcze smaczniej!
Ja wiem, że zima za oknem i w kalendarzu, ale może w końcu takimi kolorowymi wypiekami zacznę jakoś wiosnę przywoływać, bo ten śnieg, choć lubię, to już mi się trochę znudził...